Jakub Słomkowski o swojej twórczości - rozmowa artysty z kuratorem Pawłem Bieniem

23/5/2024

Jakub Słomkowski i Paweł Bień wspólnie zapraszają do udziału we wciągającej historii o tęsknocie za nieznanym, ludzkiej ciekawości i zakamarkach naszego umysłu. „Nowa Księga Cudów” to opowieść złożona z abstrakcyjnych i symbolicznych obrazów, wizji i kuriozów. O inspiracjach, poszukiwaniach i podróżach rozmawiają artysta i kurator.

Paweł Bień: Rozmowy z wieloma artystami mogą skłaniać do myślenia, że najnowsza sztuka jest wypadkową wrażliwości i intuicji, a próby ujmowania jej w intelektualne ramy prowadzone są ex post, podczas gdy u Ciebie sytuacja prezentuje się inaczej. Wystarczy rzut oka na Twoje - pełne różnego charakteru notatek - notesy, czy wsłuchanie się w to, co mówisz o swoich pracach. Najpierw wskazujesz treściowy cel, a później szukasz dla niego formalnej drogi?

Jakub Słomkowski: Nie jestem pewien, czy zaliczam się do grupy artystów, których wskazałeś na początku. Myślę, że sytuuję się gdzieś pomiędzy. Z jednej strony to, co nieintelektualne: wrażliwość, intuicja, emocje pociąga mnie nie mniej niż wiedza. Jednocześnie świadome poruszanie się po mapie własnych doświadczeń i wykorzystanie tego do dialogu ze światem sztuki, zarówno dawnej, jak i współczesnej, jest chyba tym co ostatecznie sprawia, że jestem w stanie z moją twórczością wyjść na zewnątrz, do odbiorcy. Przy czym mówiąc o doświadczeniach mam na myśli również historie, które wyławiam w drodze mniej lub bardziej pogłębionej kwerendy dotyczącej interesujących mnie zagadnień. Kluczowe jest chyba to, że na różnym etapie spełniania się jako twórca włączam różne biegi.  Nasiąkam wiedzą, którą zbieram, ale nie przesadnie. Notatki połączone z zapisem graficznym, który może słuszniej nazwać powinienem bazgrołami, są moją własną encyklopedią inspiracji, zewnętrznym dyskiem, do którego mogę zajrzeć w dowolnej chwili, więc nie mam potrzeby zapamiętywać wszystkiego. Z resztą moja natura nie pozwala mi zapamiętywać zbyt wiele, być może stąd przyzwyczajenie do zapisywania, archiwizacji. Rysunki z moich notatek mają mi ułatwić poruszanie się pomiędzy wątkami.

Żeby lepiej zobrazować to, mam na myśli, staram się zamykać wszystko w ramach chronologicznych. Na początku zazwyczaj mam potrzebę wypełnienia pewnej wizji, tęsknot. Nie potrafię jednak robić tego zupełnie po omacku, bo wówczas mógłbym uznać, że mogę tworzyć w nieskończoność podobne rzeczy. Pojawia się we mnie potrzeba stworzenia scenariusza, czy też nawet bardziej - wyreżyserowania jakiegoś momentu w życiu. Wystawy są, brzydko mówiąc, narzędziem, platformą do spełniania moich oczekiwań. Powstają notatki bez których ciężko byłoby mi usprawiedliwić moje działania w pracowni. Nie są bezpośrednio powiązane z moim malarstwem, stanowią równoległy do malarskiego proces. Notatki są jak długa podróż, a wystawy są moim opowiadaniem i refleksją z tej podróży. Cel, o którym wspominasz jest więc złożony, składa się z wielu zadań, czasami ćwiczeń intelektualnych, ale sam cel treściowy nie jest intelektualny. Wiąże się raczej z refleksją, choć mam wrażenie, że jest ona w równym stopniu rozumiana jako emocja.

PB: Czyli szukasz wspólnego pola na przecięciu zbiorów tego, co intelektualne i tego, co emocjonalne? 

JS: Tak, zdecydowanie. Będąc w emocji (choć rozum odchodzi często na drugi plan) nie pozbywam się całego zaplecza intelektualnego. Ponieważ takie rzeczy jak uczucia czy emocje właśnie są na stałe związane z naszą codziennością, mają też moc kształtowania historii. W końcu humanistyka to nauka, a trudno ją sobie wyobrazić pozbawiając nasz “przedmiot badań” jego emocjonalnego zaplecza. Skoro tworzę na podstawie własnych refleksji i potrafię opisać moje emocje z boku, to przecięcie, o które pytasz, jest już faktem na etapie podjęcia tej próby. To, o czym piszę dotyczy procesu myślowego, procesu dochodzenia do działania. Natomiast na etapie samego powstawania prac myślę, że tego wspólnego pola nie szukam, lecz w pewien sposób staram się je kreować.

PB: A skoro wspomniałeś o kreowaniu – przyglądając się Twoim pracom, mam poczucie, że jesteś bardzo solidnym budowniczym wspaniale konsekwentnych światów. Z czego one w Twojej wyobraźni powstają? 

JS: To bardzo miłe, że mówisz o konsekwencji, bo jest to moja pięta achillesowa. Możliwe, że przez lata na polu innym niż prywatne ta konsekwencja w końcu zaczyna działać. Nie wiem czy wrażenie, że jestem konsekwentny nie wynika z umiejętności kojarzenia wątków i opanowania improwizacji. Co gdybym powiedział, że wszystko co robię jest jednak przypadkowe, a tylko moje wybory są konsekwentne? Możliwe jednak, że to wątek na inną rozmowę, bo dotyczy bardziej mojego stylu pracy. Jeśli chodzi o światy, które buduję to wydaje mi się, że nie tworzę ich od zera, tylko komunikuję się z nimi i staram się pomóc dotrzeć do nich moim odbiorcom. Te światy są konsekwentne nawet bez mojego udziału. One często są zawarte w jakiejś konstrukcji filozoficznej, ale bywa też, że są dostępne na wyciągnięcie ręki. Dają o sobie znać czasem w bardzo niepozorny sposób i jeśli ktoś przez moment je poczuje to oznacza, że rzeczywistość przestaje być jedynie wyścigiem z czasem. Do takiej odkrytej rzeczywistości można wracać w dowolnym momencie. Jednak… można - nie oznacza to, że zawsze się to udaje. Czasem trzeba naprawdę otworzyć się na bodźce przychodzące z różnych stron, by dotrzeć ponownie do miejsca, które już odkryliśmy. To, co przekazuję w moich pracach to nie logo czy makieta świata, do którego udało mi się dotrzeć, tylko zmaterializowane do pewnego stopnia - bo namalowane czy wyrzeźbione - pierwiastki tego świata. Moja wyobraźnia karmi się zarówno koncertem organowym z katedry w Eskorialu, jak i rozmową z kulejącym cygańskim bezdomnym grającym na gitarze, czy straconym zębem w barze w Poroninie. Nie byłbym w stanie czerpać z moich historii gdybym nie potrafił kojarzyć ze sobą faktów, ludzi, opowieści. Czasem myślę, że może lepszym sformułowaniem niż kojarzenie byłoby użycie słowa mieszanie. Natura jest także odpowiedzią na Twoje pytanie - jednak nie natura sama w sobie, a zawsze w relacji z człowiekiem i jego pozycją wobec natury. Okazuje się, że potrafię także inspirować się cudzymi odkryciami, cudzymi wizjami. One też mnie bardzo mocno pociągają, jestem z nimi zżyty i traktuję często jak swoje, bo tak jak wspomniałem wcześniej, mam wrażenie, że one istnieją. Rzadko, ale niektórzy przewodnicy pozwalają nam do nich dotrzeć. To mnie właśnie najbardziej fascynuje w kulturze. 

PB: Kojarzenie to piękne słowo, bo niesie w sobie wieloznaczność: kojarzenie jako łączenie myślowe, odnoszenie, ale także przecież mówiło się kiedyś o kojarzeniu ludzi ze sobą, czyli jakiejś praktyce bliskiej swataniu. Swatasz ze sobą różne pierwiastki? 

JS: Bardzo podoba mi się to sformułowanie, choć nie oddaje charakteru mojego działania w pełni. Swatanie ma na celu połączenie dwóch pierwiastków w całość. Mam wrażenie, że moje swaty to taka nieustające permutacja, gdzie nie do końca rozpoznaję kierunek grawitacji i gdy udaje mi się połączyć ze sobą dwa elementy, to właściwie na tym samym etapie już gdzieś widzę trzeci i po chwili zauważam, że czwarty jest istotniejszy niż ten pierwszy, tylko go chyba wcześniej nie dostrzegłem, bo mógł się skrystalizować dopiero z połączenia tych trzech…Myślę, że to moje kojarzenie wynika w dużej mierze z rozkojarzenia i z tego że ślizgam się równocześnie po kilku płaszczyznach. Swaty dobrze mi wychodzą podczas mieszania barw. Wtedy faktycznie udaje mi się uzyskać często zamierzony z góry efekt i zazwyczaj myślę o dwóch składowych charakterach, mimo że korzystam z większej liczby kolorów by podjąć te próby. 

PB: Mówiłeś o zewnętrznych bodźcach kulturowych; wiem, że szczególne wrażenie wywarła na Tobie książka Bernarda Heuvelmansa “Na tropie nieznanych zwierząt”. Nie jest to trop oczywisty. Co opracowanie podróżnika i zoologa sprzed siedmiu dekad może zaoferować Tobie, jako współczesnemu artyście?

JS: Myślę, że ta książka może dać tyle samo artyście co i innej osobie, która się z nią zapozna. Dla mnie najcenniejsze u osób, które tworzą jest to, że potrafią mnie zaskoczyć. Zaskoczyć nie oznacza szokować, choć to się nie wyklucza, ale nie jest też tożsame. Dlatego nie wydaje mi się, by założenie, że artyści powinni stosować jakieś cezury czasowe czy przestrzenne jest słuszne. To jest ograniczające. Sztuka korzystająca wyłącznie z jednego źródła inspiracji, wpisująca się w jeden nurt, czy to ideologiczny czy formalny, rzadko jest dla mnie wiarygodna. Podobnie z “Na tropie nieznanych zwierząt” - nie traktuję książki Heuvelmansa jako wyłącznej inspiracji. To raczej reakcja mojej wyobraźni na zawarte w niej opisy, przytoczone historie i to, co pojawia się między słowami autora, czyli moje własne  wnioski, będące w moim przypadku motorem działania. Przyznaję się, że mam słabość do historii i do patrzenia w przeszłość, czy to osobistą czy też cywilizacyjną, a nawet w skali nieludzkiej. Wydaje mi się jednak, że zetknięcie się z opracowaniem sprzed kilkudziesięciu lat, gdzie przytaczane są historie nawet sprzed setek lat, nie oddala nas od tu i teraz, a po prostu poszerza pole widzenia i pozwala poczuć się częścią pewnego organizmu, który jest wciąż żywy. To ciekawe, bo zarazem dzięki tej książce zbliżam się do jednego ze światów, a z drugiej strony dystansuję się do codzienności, odbierając ją nieco inaczej. Spotkanie z tą książką porównałbym z moim wyjazdem np. do Birmy, z tym, że przestrzeń i czas w obu tych podróżach zajmują procentowo różne pozycje.

PB: Jakieś echa podróży do Birmy tlą się w Nowej Księdze Cudów?

JS: Myślę, że ta wystawa w przeciwieństwie do większości moich wystaw, poczynając od Aran 2007 i Japończyka skaczącego z Klifu z 2008 roku, jako jedyna korzysta z innej wizji pejzażu niż ten królujący na Północy, czyli krajobraz wypełniony horyzontem i skałą. Jest tu co prawda także motyw podróży morskiej, ale nie ma pustki. Birma to multiinstrumentalne doświadczenie. Urzekła mnie swoim chaosem, zatrzymaniem w czasie. Zaskoczyła mnie swoim pięknem, otwartością ludzi, ale także tym jak bardzo jest zdewastowana w niektórych momentach. Dopiero tam odkryłem zapach rajskiej plaży, który przyrównał bym do zapachu spalonych opon, a nie do morskiej bryzy. Była to zdecydowanie podróż wstecz, zarówno do odległej historii, jak i do zbudowanego na bazie obrazów filmowych świata Azji, o który myślałem, że odszedł wraz z filmami z lat 90ych. Czułem się jakbym na nowo wszedł do mojej zafascynowanej światem nocnych neonów głowy z lat dorastania. I nie był to sen. Wizyta w Pagodzie w Szwedagon, nocleg na plaży w Ngapali, odwiedziny mieszkańców Bagan i Mandalay na pewno miały wpływ na poszerzenie mojego uniwersum. Myślę, że gdyby nie podróż do Birmy - z chwilowym postojem w Wietnamie - to czytając Heuvelmansa nie mógłbym uwierzyć, że na Ziemi są jeszcze jakieś nieodkryte miejsca. Będąc w Birmie mogłem to poczuć. Zrozumiałem, że żyję na marginesie. Gdybym pojechał do Kongo, a potem na przykład do Brazylii, czułbym, że ten margines dla mnie jest coraz węższy, a centralną część wypełnia treść, której kompletnie nie znam. Można sobie to wyobrażać, można czytać na ten temat i poszerzać wiedzę, lecz żeby to poczuć trzeba to przeżyć choć raz. Turystyka potrafi zamykać portale czasowe w takich miejscach. Birma w 2017 roku nie była jeszcze turystycznie opanowana, więc tam wszystkie te przejścia były otwarte. Globalizm sprawia, że czasem stawiam się w jeszcze innej roli, jestem świadomy jego konsekwencji. Widzę też, niezależnie od tego, gdzie jestem, różne jego oblicza. Jednak poznanie zmysłami i wpisanie się fizyczne w odległy krajobraz jest zdecydowanie poza próbą opisania mechanizmów rządzących światem. I pozwala mi oddychać po mojemu, choćby strutym powietrzem.   

PB: Mam wrażenie, że te misternie konstruowane małe uniwersa charakteryzują nie tylko specyficzne typy pejzażu czy odrębność zamieszkujących je gatunków, ale także autonomiczne struktury czasowe. Czy snując swoje rysunkowe wizje, na przykład na XIX-wiecznej okładce lub dokonując interwencji na wiekowej fotografii, masz poczucie zniesienia jakiś czasowych granic?

JS:  Mam poczucie przekroczenia tych granic i dotarcia do innego miejsca. To jest trochę jak zaznaczenie swojej obecności w innym miejscu, wpisanie się w czyjąś historię. Opiera się to bardzo często na znalezionych, zdobytych obiektach: kartkach, okładkach książek, fotografiach - ale te nigdy nie są pozbawione czynnika ludzkiego. Zawsze są w jakiś sposób powiązane z historią człowieka. Nawet jeśli trafia w moje ręce meteoryt to fakt, że zakupiłem ten obiekt na portalu OLX i poznałem osobę sprzedającą go, pozwala mi spojrzeć na ten meteoryt inaczej. Właściwie nie pozwala mi go odbierać li wyłącznie jako obiektu kosmicznego. 

PB: Kiedy koncepcja wystawy dopiero się klarowała, określiłeś zbiór swoich prac jako „biotop złożony z abstrakcyjnych i symbolicznych obrazów, których wspólnym mianownikiem jest szeroko pojęty pejzaż”. Opowiesz o tym biotopie?

JS:  Biotop rozumiem jako stworzenie odpowiednich warunków. To budowanie pewnego tła, scenografii, odwzorowanie warunków, które pozwoliłyby osobom oglądającym poczuć, że otwiera się pewien portal do świata równoległego do naszego. Ten świat jest fascynujący, zarazem ludzie za wszelką cenę nawet z pasji do niego starają się go ujarzmić. Malując moje obrazy, czy rysując kolejne odsłony tego biotopu czasem przyjmuję perspektywę dziecka i patrzeć jego oczami. Teatralność, wchodzenie w przestrzeń sceny jest dla mnie takim zabiegiem. Teatr Stomila z Tanga Mrożka miesza się tu z Misiem Uszatkiem, czy z moimi doświadczeniami teatralnymi z czasu dzieciństwa. Teatr pozwala mi nałożyć pewne ramy, tym samym daję do zrozumienia odbiorcom, że nie maluję pejzażu jako takiego. Nie buduję też scenografii, która ma być wyłącznie dekoracją. Biotop, o którym tu mówię to miks teatru, pejzażu i wrażliwości. Odpowiednio zbudowany będzie stanowił część ekosystemu, do którego można zaglądać i w którym da się oddychać tak, jak chcemy. 

PB: Bardzo podoba mi się ta perspektywa dziecka, bo rzeczywiście, oglądając Twoje prace parokrotnie miałem to wspaniałe poczucie „pierwszych” zaskoczeń dziwnością świata. Mogę zapytać, jak Twoje dzieci reagują na te prace? 

JS: Haha, sam nie wiem, bo jeszcze na tym etapie ich życia nie potrafimy rozmawiać o obrazach. Ignacy uczy się rozpoznawać kształty, jest jeszcze niemowlakiem. Moja córka Rozalia nauczyła się właśnie mówić, że tata był w pracowni. Gdy pokazuję jej największy z wystawianych tu obrazów mówi czasem “ojej”. Raz na tym obrazie zobaczyła krowy. Ja ich nie malowałem, ale być może tam są. 

PB: Z punktu widzenia historyka sztuki intryguje mnie relacja Twoich obrazów z przedmiotowością. Czasem ocierasz się o abstrakcję, ale zawsze zostawiasz jakieś znaczeniowe wyjście awaryjne prowadzące do rzeczywistości – zewnętrznej lub wewnętrznej. Powiedziałeś „moje prace obrazują ostatecznie stan umysłu człowieka, nie zawsze racjonalny stan”, a jednak wszystkie zdają się podporządkowane jakiejś swoistej logice. 

JS: Chyba o tej logice powiedziałem wcześniej. Ona dla mnie nie jest oczywista. Być może logiczne jest to, że z założenia moje serie łączy emocja. To pewnego rodzaju konsekwencja, ale nie wiem, czy tożsama z logiką. Możliwe, że działam zgodnie z moimi założeniami i że lata pracy pozwoliły mi wypracować jakiś własny algorytm poruszania się między światem rozumu i podświadomości, ale zetknąłem się już z opinią - szczególnie ze środowiska naukowego - że moje zestawienia wątków nie mają racji bytu, czy też że raczej nie powinny mieć racji bytu w świecie nauki. Nie czuję z tego powodu kompleksów, bo jak się okazuje, dla środowiska naukowego to podejście także może być cenne, otwierające. Pisze o tym w swoich tekstach Monika Stobiec,,a ale sam też mam takie doświadczenia.  Dlatego właśnie nie zajmuję się nauką tylko tym, co odgrywa odmienną rolę. Te znaczenia, o których mówię, zazwyczaj werbalizuję podczas spotkań i oprowadzania po wystawach, czy też w mojej pracowni, one także wypełniają moje notatki. Nie są jednak pierwszoplanowym graczem, jeśli chodzi o to co ma być czytane z mojego obrazu. Te znaczenia są potrzebne dla mnie, aby nie być zawieszonym w twórczej próżni i żeby nie być przypadkowym. Przypadek i tak gra w moim scenariuszu dużą rolę, ale dla niego też warto stworzyć odpowiedni biotop, by miał swoją wagę i znaczenie. 

PB: I te biotopy, w których wylęgać się może kontrolowany przypadek są zaskakująco różne. Kiedy przed rozpoczęciem pracy nad tą wystawą odwiedziłem Twoją pracownię, zafascynował mnie kontrast między hieratyczną surowością, mających w sobie coś z totemów, cyklopów a cyklem „Moi kumple mogą być brzydcy”, na który składają się obrazy swobodne i zindywidualizowane. Okoliczności ich powstawania też są zupełnie różne, prawda?

JS: Tak. Pierwszy cyklop powstał trzy lata temu i ten motyw wciąż przewija się w mojej twórczości. Natomiast cykl „Moi kumple mogą być brzydcy” to w pewnym sensie powrót do myślenia i cyklu sprzed lat, ale odmieniony pod względem formalnym. Mam wrażenie, że jest też bardziej szczery w swojej spójności, bezkompromisowy. Nie dotyczy jednak, tak jak oryginalny cykl, moich autoportretów, jest tym razem ilustracją bohaterów (roboczo nazywanych przeze mnie rejsem skazańców) powstających na marginesie głównej serii. Zyskują w pewnym momencie podmiotowość i stają się równowagą dla świata cyklopów.  Seria “Moi kumple mogą być brzydcy” powstawała z myślą o obiekcie, a obrazy malowane miały zostać jedynie zacytowane. Zmieniłem jednak zdanie, gdy odniosłem wrażenie. że koncept wziąłby górę nad pewną potrzebą i radością tworzenia, co byłoby dla mnie blokujące. Otwieram się więc na coś nowego. Cyklopy i obrazy z serii biotycznych są wyważone i malowane długo, natomiast proces malowania portretów skazańców jest zupełnie inny. Jego pierwszą inspiracją formalną  była narysowana ręką dziecka przy użyciu różowej kredy postać miśka na szarej ścianie miejskiego budynku.

PB: Czyli znów wracamy do perspektywy poznającego dziecka. Intuicyjnie czuję, że konstruowane przez Ciebie uniwersa mogą być w jakimś sensie narzędziem poznania naszego świata czy ludzkiej natury – zgodzisz się z moim przypuszczeniem?

JS: Uczę się tego świata. O różnych porach dnia odbieram go też inaczej. To co w nim odkrywam daje mi dużo energii. Lubię dzielić się tym co robię z innymi, bo nie lubię w tym świecie być sam. Wiem że nie jestem w nim sam, między innymi dzięki historii sztuki. Nie jestem w stanie powiedzieć, co mnie urzekło: zapach sal wiekowego instytutu, światło rzutnika rzucającego przeźrocza, sama ikonografia, sposób prowadzenia wykładu przez grono profesorskie, czy też samo dzieło sztuki i jego forma? Nie potrafię tego oddzielić.  Dawniej nie miałem pojęcia o tym, że czyjaś praca może tak bardzo zawładnąć moją wyobraźnią. Wiem to od pierwszego zetknięcia się jako dzieciak z Odyseją Kosmiczną Kubricka. Kompozycja Purcella w wersji Wendy Carlos do Mechanicznej Pomarańczy to dla mnie wystarczający pretekst do tego, by się narodzić i by docenić to, że urodziłem się już po powstaniu tego utworu i mogę go usłyszeć. Takich spotkań jest wiele, choć mam niestety wrażenie, że coraz rzadziej mi się przytrafiają. Sam więc tworzę z nadzieją, że dla kogoś też będzie to drogowskaz i możliwość odkrycia rzeczywistości równoległej. Myślę, że to dużo mówi o ludzkiej naturze i naszych potrzebach.

powiązana wystawa

23
15
May
June

"Nowa Księga Cudów"

Jakub Słomkowski
szczegóły wydarzenia